Kto zarobi, a kto straci na zmianach w rozliczaniu aut

trafficlight_icon_amberZmiana regulacji dotycząca rozliczania podatku od samochodów służbowych przynosi zaskakujące wnioski. Jak wynika z obliczeń Grant Thornton, prezes dużej firmy zarobi na zmianach 10 tys. zł rocznie, a szeregowy pracownik… może nawet stracić.

Przepisy, które weszły w życie w styczniu br., mają uprościć i ujednolicić zasady, na jakich pracodawcy i pracownicy rozliczają podatek od samochodów służbowych. Jasnym bowiem jest, że jeśli firma daje pracownikowi samochodów do użytku (w tym również do celów prywatnych), to jest to dodatkowa korzyść pracownika i powinien on odprowadzić z tego tytułu podatek. Przez lata nikt do końca nie wiedział jednak, jak powinno się te rozliczenia prowadzić. Możliwości było wiele. Minister Finansów twierdził, że podstawą kalkulacji powinien być co do zasady koszt z wypożyczalni. Niektórzy stosowali jeszcze inne metody, np. różnego rodzaju ryczałty w oparciu o liczbę przejechanych kilometrów lub wartość samochodu, np. przypisując jako przychód pracownika 1 proc. od wartości samochodu na zasadzie analogii do przepisów niemieckich.

Żeby ujednolicić te przepisy, rząd wprowadził nowy, jak się wydawało maksymalnie uproszczony, podatek ryczałtowy. Jego wysokość zależała jedynie od wielkości silnika auta. Według nowych regulacji, do przychodów pracownika dolicza się obecnie:

  • 250 zł miesięcznie, jeśli pojemności silnika nie przekracza 1600 cm3,
  • 400 zł miesięcznie dla samochodów o pojemności silnika powyżej 1600 cm3.

Od tego przychodu pracodawca musi odprowadzić podatek.

Co to oznacza w praktyce? Jak wynika z szacunków firmy audytorsko-doradczej Grant Thornton, na nowych przepisach w największym stopniu korzystają pracownicy o wysokich dochodach, np. prezesi dużych firm. Pracownicy o niskich zarobkach, np. przedstawiciele handlowi używający wysłużonych samochodów, na tych zmianach nawet tracą – muszą płacić więcej, niż płacili dotąd.

Według obliczeń Grant Thornton, niezależnie od tego, jakim sposobem rozliczał dotąd swój samochód prezes dużej korporacji, podatek wyliczony według metod akceptowanych przez Ministra Finansów byłby niemały. Jeśli bowiem np. jeździł służbowym Audi Q7 wartym 320 tys. zł,  miesięczny koszt wypożyczenia tego samochodu to ok. 9.000 zł. Zakładając wykorzystanie prywatne poziomie 1/3 – to wartość ok. 3.000 zł. Podobną wartość dawało zastosowanie metody 1 proc. wartości samochodu, prezes uzyskiwałby wtedy przychód do opodatkowania równy 3,2 tys. zł miesięcznie.

Obecnie, według nowych przepisów, dodatkowy dochód to już tylko 400 zł. Jeśli więc przyjąć stawkę podatkową PIT na poziomie 32 proc., wówczas okazuje się, że jego obciążenie podatkowe spadło z 1024 do 128 zł. Taki prezes zarabia więc na nowych przepisach 896 zł miesięcznie, czyli 10 752 zł rocznie.

Zupełnie inaczej zmiany wpływają na sytuację najniżej uposażonych pracowników. Przedstawiciel handlowy, który jeździ służbową 10-letnią Toyotą Corollą z silnikiem przekraczającym 1,6 l, wartą 10 tys. zł, uzyskiwał dotąd dochód równy 100 zł i płacił od niego podatek 18 proc., czyli 18 zł. Obecnie ma dodatkowy dochód równy 400 zł i płaci od tego 72 zł. Na nowych przepisach taki niezamożny podatnik traci więc 54 zł miesięcznie, czyli 648 zł rocznie.

Małgorzata Samborska
Senior Menedżer Grant Thornton

„Doprecyzowanie i ujednolicenie przepisów jest krok w dobrą stronę. Dotychczasowe rozliczanie podatku od samochodów służbowych było bardzo niejasne i dawało pole do ogromnej, subiektywnej interpretacji – zarówno ze strony podatników, jak i organów skarbowych. Rozwiązanie, które wybrał ustawodawca, jest jednak dość zaskakujące. Wydaje się, że bardziej racjonalne byłoby powiązanie ryczałtu z wartością samochodu, a nie z wielkością silnika.”

Skontaktuj się z nami